W końcu okoliczności sprawiły że i mnie dopadł.
Na niezastąpionym Sky Art,obejrzałem sobie 3/4 koncertu,A R And Friends,jaki odbył się w Maastricht,prawdopodobnie z jakiejś ważkiej okazji,ściśle związanej z królewską parą.Nie widziałem początku i…wolałem się temu przyjrzeć niż szukać jakichś encyklopedycznych faktów
Tak więc,listen without prejudice,jak śpiewał G.Michael!
Rozmach ale i jakaś niczym nie skrępowana biesiada… Wszędzie pomarańczowe przepaski, proporce i szarfy…Tysiące ludzi,na ogół 50-60+ a ci wszyscy co po bokach placu-rynku,przy stolikach, uginających się pod ciężarem wina najrozmaitszego😉
Było to coś jak gala pieśni biesiadnej,zmiksowana z koncertem noworocznym z Wiednia
Time To Say Goodbye,by zaraz potem zabrzmiał Verdi…Hymn kibiców Liverpoolu,You’ll Never Walk Alone,na 3 soprany i 3 tenory…
Don’t Cry For Me Argentina by zaraz poleciał walc Straussa…I tak w nieskończoność.A wszyscy jak wyjęci z XVIII wieku.Dominowaly kolory różowy, pomarańczowy, biały…Z dzisiejszych znaków szczególnych,wszechobecna była jedynie nadwaga…
Sam mistrz ceremonii, zupełnie niesłyszalny, jeśli chodzi o skrzypce.Niemniej dało się wyczuć że to facet-narodowe dobro Holendrów.Tylu bez przerwy płaczących kobiet,dawno już nie widziałem! Wszelki makijaż szlag jasny trafił…A kamerzysta uwijał się jak w ukropie!
I pokazał że tam,w Maastricht, było 100% białych.Przez 3 kwadranse,pod tym względem,czułem się jakbym przybił do brzegu,po wieloletnim rejsie…
Ciekawe,chwilami niezwykłe doświadczenie.Oczywiscie nie kupię tej płyty.Wlasciwie to wszystko inne było ważniejsze od strony muzycznej.
A jednak nie nudziło.Wrecz wciągało, intrygowało…Jak gdzieś zaginiony świat który wysłał nam wiadomość…
To nic że czułem się jak na projekcji filmu,"Farinelli, ostatni kastrat"bo całości towarzyszyła radość ze spotkania z czymś tak dalece niedzisiejszym.
.
Kilka lat temu też przekonałem się do tego widowiska. Byłem raz na jego koncercie w Łodzi w Atlas Arenie i 2-3 razy widziałem to na dużym ekranie w kinie – wrażenia niesamowite. I tak jak mówi sam mistrz ze sceny - taka muzyka łączy ludzi, wyciska łzy, wyraża miłość, tęsknotę, radość życia.
jak ktoś ma okazję zobaczyć na żywo - polecam, choć bilety nie sa tanie, no i szybko sie sprzedają.
Jak dla mnie…Raczej starczy😉
Pod żadnym względem,to nie mój świat.Ale szanuję.Lubie patrzeć na szczęśliwych ludzi.
Lubię widzieć takie pełne wzruszenia,“podniesione przyłbice”.
Jest jeszcze coś…U nas taki blichtr to natychmiastowe skojarzenie że spędem z okazji np. święta jakiegoś biznesu.I walą buraki w ciemno,by się pokazać…
W Maastricht,nie było nawet śladu czegoś takiego!
Andre Rieu, to “mój sąsiad”. Do Maastricht mam 34 km samochodem. 15 minut jazdy. Kontakt z nim miałem kilka razy przez tv. Tego koncertu, o którym piszesz nie widziałem, ale kilka innych tak. Rieu, to nieoficjalny król Holandii, a może nawet i cesarz. Żywy pomnik nie podlegający żadnej krytyce. Tutejsi kochają go szczerą miłością i są z niego dumni.
Zdecydowanie,było to widać.
Niemniej…Pozostanę sceptyczny,jeśli chodzi o samą muzykę.
Co innego przekaz,kontakt z wiekową arystokracją czy"burżuazją"raczej
Zjawiskowe to było.
Miłe dla oka.
I wreszcie jakieś pozytywne wibracje ostatnio!