Tak przy okazji,@Birbant,dla Ciebie.
Album Presence,wysmienicie zagrany,jednak troche rozczarowal…Winne byly błahe kompozycje.LZ zaczeli doswiadczac tego zmeczenia jakie bylo udzialem Stonesow z lat 73-74…Niby wszystko jest ok. ale czegos tu brak…Czegos co bylo na najlepszych plytach…
Na szczescie jest Tea For One i Achilles Last Stand.Jest wiec do czego wracać,jest ciag dalszy legendy choc smutny koniec czaił sie juz za najblizszym naroznikiem…
Dopiero dziś rano sobie spokojnie sobie wysłuchałem. Dzięki z całego serca.
To zajebiocha jest. Będzie dziś chodzić u mnie jako motyw przewodni.
niestety, nie jestem posiadaczem (ani nawet “szczęśliwym posiadaczem”) tego krążka. Przyznaje też ze smutkiem że jest to dla mnie nowość.
Ja też sobie nie przypominam czy miałem z tym do czynienia w przeszłości.
teraz (jak wróciłem), to żałuję że nie zdwoiłem wysiłków w kolekcjonowaniu.
Ehh - było minęło 
Przyznam ze wczoraj…ciut sie zdziwilem gdy nie zauważyłem Twojej reakcji 
Jeden z najbardziej w Polsce,wzietych bluesow lat 70-tych.
No ale…Co ma wisieć,nie utonie! 
Wczoraj rozproszony mocno byłem. Imieniny i te rzeczy… 
No to do roboty! 
Plyta z 1976 roku,nagrana w okresie raczej juz gwiazdorskim,przy nieustannym mąceniu Petera Granta,ich menagera…
Bonham rzucal telewizorami w hotelach,Page flirtowal z diabelstwem [Alistair Crawley],Plant celebrowal swoj narcyzm a John Paul Jones coraz bardziej w swoim swiecie co owocowalo czasem muzyką filmową…
Oni grali dalej fantastycznie ale…Ta plyta oraz szczegolnie nastepna,In Through The Out Door,w niczym wlasciwie nie przypominaly ich najlepszych dokonań.Kiedy Bonzo sie zadlawil na śmierć,koniec zespolu byl chyba faktycznie,jedynym rozwiazaniem…