Opowiastka na wieczorek

Dawno, dawno temu, na bezkresnym i ciepłym kontynencie zwanym Ludzkim Ciałem, żyły obok siebie różne, drobne światy. Wszystko miało tam swój porządek – serce miarowo biło, krew krążyła w naczyniach, a na samej powierzchni rozciągały się nieskończone pustynie naskórka.

Pewnego dnia, w zupełnie zwyczajnych okolicznościach, doszło do spotkania dwóch różnych światów. Stało się to podczas jednego, przelotnego dotyku dłoni. W tej samej mikrosekundzie miliardy niewidzialnych komórek naskórka wymieszały się ze sobą. Stary, złuszczony naskórek z jednego świata opadł, robiąc miejsce dla nowego, który przyniósł ze sobą zapach i ciepło tego drugiego. Komórki nie wiedziały jeszcze, co się dzieje, ale poczuły, że ta nowa granica jest zaskakująco przytulna.

Niedługo potem, podczas pierwszej, nieśmiałej rozmowy i niespodziewanego wybuchu śmiechu, w powietrzu uniosły się mikroskopijne kropelki śliny. Ślina, która dotąd służyła jedynie prozaicznym celom biologicznym, nagle stała się nośnikiem czegoś głębszego. Stała się mostem. Kiedy ich usta w końcu się spotkały, wymiana śliny nie była już tylko reakcją chemiczną. Była to potężna fuzja mikrobiomów, unikalny koktajl enzymów, który zakomunikował obu organizmom: „To jest to. Przestańcie walczyć. Jesteśmy jednością”.

Wtedy do akcji wkroczyła miłość, która w tym świecie zachowywała się dokładnie tak, jak zarodniki grzybów.

Przez długi czas miłość była niewidoczna dla oka. Dryfowała w powietrzu, czaiła się w zakamarkach myśli i potrzebowała czasu, aby zapuścić korzenie. Oboje gospodarze tych ciał zaprzeczali jej istnieniu. Mówili, że to nic takiego, że to tylko przypadek. Ale pod powierzchnią naskórka, tam, gdzie nie sięgał wzrok znajomych, zaczęła rozwijać się potężna, podziemna grzybnia. Niewidzialne nitki strzępek oplatały ich serca, układały się wzdłuż nerwów i łączyły dwa odrębne organizmy w jeden wielki, wspólny ekosystem.

Grzybni nie dało się już zatrzymać. Karmiła się każdym dotknięciem naskórka i każdym najmniejszym wspomnieniem zapisanym w ślinie. Rosła w ukryciu, aż w końcu, któregoś dnia, przebiła się na powierzchnię. Zamiast kapeluszy grzybów, na świecie pojawiły się jednak maślane spojrzenia, ciągły uśmiech i absolutna niemożność życia w pojedynkę.

Morał z tej opowiastki jest prosty: romantycy mogą szukać miłości w gwiazdach, ale ona zaczyna się na samym dole, w biologicznej symbiozie. Kiedy naskórek się pomiesza, ślina połączy, a grzybnia uczucia oplecie wnętrze – żadne zaprzeczanie już nie pomoże. Stajesz się częścią drugiego człowieka i nie ma na to żadnego lekarstwa.

3 polubienia