Jakoś nie mogłem wyczuć tego chwilowego nastroju…
I tak wyszło trochę na chybił-trafił…
Sięgnąłem po omacku po Trylogię tria Emerson Lake And Palmer..
Od zawsze mój ulubiony album zespołu…
Tu jest wszystko…Wirtuozeria ale też ustępstwa na rzecz nastroju,ballady wręcz mistrzowskie,muzyczne żarty jak np.The Sheriff,ubrany w kostium rocka symfonicznego by zakończyć się salonową strzelaniną i…salonowym pianem,co musiało szczególnie ubawić Keitha…
A jest jeszcze Hoedown,Aarona Coplanda,w wersji tak brawurowej że inni bez gitar,odpadli by w przedbiegach…
Bo fenomen tego tria polegał min na tym by jak Rennaissance czy chwilami Rare Bird,[dostepny także u nas na winylu!!!] grać rocka bez elektrycznych gitar w roli głównej.
Mordercze kaskady utworu tytułowego czy finalowego bolera…Ale zostawmy to.
To dla zainteresowanych.
Tutaj powyżej jedynie ballada,From The Beginning…Obecna na każdym greatest hits zespołu…