Noc…
Moja słabość
Moje szaleństwo
Moja pieśń która ugrzęzła w gardle…
Moja samotność o 4 nad ranem
Moja cisza…
Któż Ciebie tak mógłby kochać…
Zastanów się!
Moja melodio jazzowej frazy
Moja chwilko nagłej miłości
Ty jesteś i nikt nie zaprzeczy
Moje Ty zapomnienie…
Nie oddam Ciebie nikomu
I choćby Saladyn płacił swym groszem
Tyś jest bezcenna
Nie powiem o tym nikomu
Lecz co ja pocznę
gdy świt się wtrąci
Gbur ze sznytą na twarzy
Co zrobię gdy tej poezji zabraknie cienia
ciemności
zawstydzenia
Co pocznę
gdy pinkfloydowego zabraknie zaćmienia…
Sen nocy wiosennej
co letniej porze spokoju nie da
Już tak się będą kłócić i spierać
I niech im będzie
Sen nocy jeszcze jednej
różowej
tej na skrzypcach i fortepianie
Grappelli,Peterson i…Woody Allen
Ech…
W duchu się zaśmiałem
Już czas
Kubek,szczoteczka,kawa i złość
I jeszcze żal
bo chciałoby się więcej…
Nie teraz
Nie nocą
Nie w chwili tak uświęconej
gdy widzę Ciebie w kolorach
we mgle
i w zamyśleniu
Jak mam Ci oddać ten hołd
by nie w milczeniu