Czy wy też się z czymś takim spotkaliście?

Wszedłem dziś do publicznej toalety i to, co tam zobaczyłem, przekracza ludzkie pojęcie. Tam nie było sensu sprzątać – tam należało zalać wszystko betonem i postawić sarkofag jak w Czarnobylu.

Nie potrafię tego opisać. Powiem tylko tyle: w ułamku sekundy mój instynkt przetrwania przejął kontrolę nad ciałem, a mózg zaczął kasować najświeższe wspomnienia, żeby chronić moją psychikę. Ktokolwiek dokonał tego dzieła, zagiął czasoprzestrzeń. To, co tam zastałem, złamało prawa grawitacji, kodeks karny i wszelkie standardy cywilizacyjne.

Całość wyglądała jak plan zdjęciowy niskobudżetowego horroru, na którym eksplodował granat. Jeden, makabryczny detal wypalił mi się na siatkówce oka na stałe. Zamiast załatwić potrzebę, wyszedłem stamtąd z zespołem stresu pourazowego. Tego nie da się opisać, to trzeba natychmiast zgłosić do Sanepidu i Pentagonu.

Istnieją miejsca, które łamią nie tylko zasady higieny, ale i prawa fizyki kwantowej. Ta toaleta była nieopisywalna w sposób matematyczny – stanowiła wyrwę w czasoprzestrzeni, portal do wymiaru, o którym zapomniał sam Bóg.

Gdy tylko dotknąłem klamki, moje ciało natychmiast przeszło w tryb ewolucyjnej paniki. Moje zęby zaczęły dzwonić w rytmie alfabetu Morse’a, nadając rozpaczliwe S.O.S., a rzęsy pokryły się szronem z czystego przerażenia. Powietrze wewnątrz nie posiadało tlenu – składało się w stu procentach ze skompresowanego, ciężkiego odłamka potępienia. To nie był smród, który wchodzi do nosa. To był zapach, który miał pięści, chwycił mnie za gardło i zaczął żądać okupu za moje życie.

Paleta barw tego miejsca nie należała do ziemskiego spektrum. To nie był brąz, to nie była żółć. To była anty-materia czystości; kolor tak nienaturalny, że moje receptory w oku zaczęły strajkować, przesyłając do mózgu obrazy rozproszonego szumu ze starego telewizora. Na ścianach nie było zacieków. Była tam nowa forma fauny i flory, która prawdopodobnie wykształciła już własny system podatkowy i prymitywną formę demokracji.

Każda próba ubrania tego w ludzkie słowa jest jak próba przelania oceanu za pomocą dziurawej łyżeczki. Język pisarza topi się tutaj niczym plastik na patelni. Jak opisać głośną martwotę tego miejsca? Panował tam absolutny paradoks: pęknięta muszla klozetowa jednocześnie ryczała basem tektonicznych płyt i szeptem błagała o eutanazję. Światło jarzeniówki nie oświetlało pomieszczenia – to mrok promieniował z wnętrza kabiny, czarny i gęsty jak smoła, pożerając fotony z bezczelnym mlaskaniem.

Patrząc na to, co unosiło się na podłodze, zrozumiałem jedno: gdyby racjonalny umysł spróbował przeanalizować skład chemiczny tej kałuży, natychmiast eksplodowałby, zamieniając się w konfetti. To nie było brudne pomieszczenie. To była skoncentrowana esencja grozy, po dotknięciu której człowiek nie potrzebowałby mydła, lecz egzorcysty i nowego aktu urodzenia. Instynkt przetrwania wył mi w głowie głośniej niż syreny alarmowe w Czarnobylu.

Uciekłem, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem, który brzmiał jak wyrok śmierci na moją niewinność.

Typowy publiczny sracz. Ale to się zmienia na lepsze.
Pamiętam sracze w szkole. Brak papieru, klamek, drzwi, kał na desce.

Nie zna życia ten kto nie srał w szkole

Za dużo gadania pseudoliterackiego na temat tego przybytku.
Ciekawym tylko gdzie jest ta toaleta, bo dość często bywam w Polsce i korzystam będąc w podróżach po kraju. Spotykałem tylko wzorowo czyste toalety.
A może udało ci się cofnąć w czasie i trafiłeś do kibla w jakiejś tzw pijalni piwa w czasach PRL? A może dałeś tu upust swojej niewątpliwie bujnej wyobraźni?
A może w Rosji byłeś czy na Ukrainie?
A może chciałeś się popisać umiejętnością kwiecistych opisów?

To szło tak za moich czasów:
Nie zna ten życia kto nie służył w marynarce
i nie podcierał dupy palcem…

Jest też wersja o szkolnym dentyście. To było traumatyczne

No i nie wiem co tam zobaczyłeś…
Poezję rozrzuconego goovna?Szczynową powódz?Trzech islamców myjących sobie nogi w publicznych umywalkach na lotnisku?
Wystawę jesiennych kolorów po rzyganiu zatrutego artysty performera?
No i cóż to był za makabryczny detal?
Pomijając to ostatnie,resztę widziałem po parę razy w rozmaitych miejscach w Anglii.I od wielu już lat,sławetna opinia o polskich szaletach,wydawała mi się krzywdząca.

Chodziło o przesadę. Trochę dałem się ponieśc wyobraźni. :slight_smile: \

Tak się domyślałem.

Problem polega na tym, że nie mam pojęcia o czym pisać. Ile można pisać o religiach, i filozofiach?

Ale od razu o brudnych sraczach? Pojedź do Rosji albo na Ukrainę, że o Indiach nie wspomnę.

Wystarczy pracować w jednej firmie z Irańczykiem.I to w kraju w którym tej dziczy nie wolno zwracać uwagi :angry:

Trafiłeś na jakiegoś oblojzę. Poznałem kilku Irańczków i trafiłem dużo lepiej.

Widocznie zmarnowałem talent.

Nie jakiegoś tylko JAKICHŚ.
Jakbym miał opisać ich obyczaje to opis kolegi raczej by zbladł.A notoryczne podmywanie sie po sraniu i fajdanie po całym wc to już norma.
A był taki jeden który swoje skarpetki rozwieszał na kaloryferze,pól metra od stołu jadalnego.
Kiedyś takich wywalało się na zbity pysk a dzisiaj…Tego który rzadko po sobie spuszcza wodę,nikt nie ma odwagi pouczyć…

Nie wiem co takiego tam zobaczyłeś ale jedyny hardkor, na który ja się natknęłam to goowno w kiblu :smiley: niespłukane oczywiście

Wierzę. Kiedyś musiałem poskramiać takiego, ale to był Polak. Notorycznie naczyń po sobie nie zmywał, kiedy jakiś czas będąc w Niemczech, mieszkałem w grupie, ale w bardzo dobrych warunkach.
Już w Kerkrade będąc, sąsiada z Pakistanu miałem i on był złotem dla mnie. Kiedyś, nieproszonym będąc łazienkę posprzątał po mnie kiedym wrócił z knajpianych zawodów, kto więcej kolorowych drinków wypije. Wygrałem, ale skrupiło się na nim. :joy: Dobrym sąsiadem i kolegą był. A ja od tamtej pory unikam kolorów jak zarazy. Był muslimem, ale w końcu skusił się na piwo, którego smaku nie znał. Po dwóch musiałem nieść go na plecach do jego lokum. :rofl: :innocent:

Wlaśnie.Mała korekta.Poza tym obecnym i tym od skarpetek, reszta to byli Pakistańce.
Nie mam teraz czasu bo jestem w pracy ale powinienem wysłać zdjęcia po użyciu ubikacji oraz zdjęcia zestawu konewka plus butelka, do podmywania…
A potem tchórzliwa bezradność superwizora który w akcie “heroizmu”…wywiesił plakacik aby zawsze zostawić to miejsce takim jakim się je zastało.
Wyszło komicznie bo wszyscy tak zostawiają i goovno na klapie sobie w spokoju zasycha.Az do wieczora gdy przychodzi sprzątaczka.
Tak…Ja też mogę zatęsknic za sytuacjami z okresu wojny iracko irańskiej gdy w naszym klubie PAX-u, spotykali się dwa reprezentanci tych nacji i pili z nami miód pitny.A to w tamtych dniach historia jakby Żyd z gestapowcem poszli na piwo…
Niestety,w tym stuleciu jeszcze mi się to nie udało…A siedzi teraz vis a vis mnie, John,pisarz z Zambii z którym każdy dyżur to przyjemność…Są wiec sytuacje gdy różnice nie istnieją a jeśli nawet to można być bez arogancji zaciekawionym punktem widzenia drugiej strony.Wola musi jednak płynąć z DWÓCH stron

Jakie czasy, takie miejskie legendy i Lovecraft. Pięknie napisane, nigdy nie sądziłem, by teksty o wizycie w miejskim sraczu tak bardzo mnie zaangażowały. Z każdą linijką tekstu coraz bardziej nie mogłem doczekać się zakończenia.