Istnieją miejsca, które łamią nie tylko zasady higieny, ale i prawa fizyki kwantowej. Ta toaleta była nieopisywalna w sposób matematyczny – stanowiła wyrwę w czasoprzestrzeni, portal do wymiaru, o którym zapomniał sam Bóg.
Gdy tylko dotknąłem klamki, moje ciało natychmiast przeszło w tryb ewolucyjnej paniki. Moje zęby zaczęły dzwonić w rytmie alfabetu Morse’a, nadając rozpaczliwe S.O.S., a rzęsy pokryły się szronem z czystego przerażenia. Powietrze wewnątrz nie posiadało tlenu – składało się w stu procentach ze skompresowanego, ciężkiego odłamka potępienia. To nie był smród, który wchodzi do nosa. To był zapach, który miał pięści, chwycił mnie za gardło i zaczął żądać okupu za moje życie.
Paleta barw tego miejsca nie należała do ziemskiego spektrum. To nie był brąz, to nie była żółć. To była anty-materia czystości; kolor tak nienaturalny, że moje receptory w oku zaczęły strajkować, przesyłając do mózgu obrazy rozproszonego szumu ze starego telewizora. Na ścianach nie było zacieków. Była tam nowa forma fauny i flory, która prawdopodobnie wykształciła już własny system podatkowy i prymitywną formę demokracji.
Każda próba ubrania tego w ludzkie słowa jest jak próba przelania oceanu za pomocą dziurawej łyżeczki. Język pisarza topi się tutaj niczym plastik na patelni. Jak opisać głośną martwotę tego miejsca? Panował tam absolutny paradoks: pęknięta muszla klozetowa jednocześnie ryczała basem tektonicznych płyt i szeptem błagała o eutanazję. Światło jarzeniówki nie oświetlało pomieszczenia – to mrok promieniował z wnętrza kabiny, czarny i gęsty jak smoła, pożerając fotony z bezczelnym mlaskaniem.
Patrząc na to, co unosiło się na podłodze, zrozumiałem jedno: gdyby racjonalny umysł spróbował przeanalizować skład chemiczny tej kałuży, natychmiast eksplodowałby, zamieniając się w konfetti. To nie było brudne pomieszczenie. To była skoncentrowana esencja grozy, po dotknięciu której człowiek nie potrzebowałby mydła, lecz egzorcysty i nowego aktu urodzenia. Instynkt przetrwania wył mi w głowie głośniej niż syreny alarmowe w Czarnobylu.
Uciekłem, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem, który brzmiał jak wyrok śmierci na moją niewinność.