Tak.
Ludki do dziś wierzą, że są pępkiem Wszechświata i nic nie wskazuje na to, by w dającej się przewidzieć przyszłości miało się to zmienić. Zwłaszcza w podejściu do zjawisk, których nie da się łatwo zamknąć w tabelce, wykresie lub eksperymencie „tu i teraz”.
Skoro czegoś nie da się udowodnić, to znaczy, że nie istnieje. Kropka.
Historia już to przerabiała ten schemat.
Giordano Bruno spłonął na stosie za głoszenie idei niezgodnych z obowiązującą wizją świata.
Mikołaj Kopernik, świadomy konsekwencji, zwlekał z publikacją O obrotach sfer niebieskich do ostatnich dni życia.
Galileusz za swoje „a jednak się kręci” doczekał się rehabilitacji… trzysta pięćdziesiąt lat po śmierci.
Wszechświat nie powstał w wyniku kaprysu przypadku, lecz jako efekt zjawisk deterministycznych rządzonych prawami fizyki. Skoro w określonych warunkach na Ziemi mogło pojawić się życie, to biorąc pod uwagę skalę Wszechświata i elementarny rachunek prawdopodobieństwa, można przyjąć, że w innych jego rejonach życie również mogło powstać.
Nie ma żadnych przesłanek, by uznawać Ziemię za miejsce uprzywilejowane. W wielu zakątkach kosmosu warunki sprzyjające narodzinom życia mogły zaistnieć znacznie wcześniej niż u nas. Naturalną konsekwencją byłby dłuższy czas rozwoju, a więc potencjalnie wyższy poziom zaawansowania technologicznego tamtejszych cywilizacji.
Czy ktoś do nas przyleciał?
Czy nas odwiedzają?
Czy są wśród nas obecni?
Nie ma na to niepodważalnych dowodów. Ale brak dowodu świadczy wyłącznie o granicach naszych aktualnych możliwości poznawczych.
Osobiście wolałbym, aby do spotkania trzeciego stopnia jednak nie doszło. Historia dostarcza aż nadto czytelnych analogii. Europejskie wyprawy „w poszukiwaniu drogi do Indii” przypadkiem odkryły obie Ameryki. Dla cywilizacji uznanych za „mniej rozwinięte” nie skończyło się to dobrze.
Kontakt Ziemian z cywilizacją wyraźnie bardziej zaawansowaną technologicznie również nie skończyłby się lepiej.
Jeśli już ktoś miałby się tu pojawić, to raczej nie z ciekawości lecz po swoje „złoto i przyprawy”, cokolwiek by one dla nich oznaczały.
W takich spotkaniach rachunek zawsze wystawia silniejszy.