Mieliście tak bliskie spotkanie ze śmiercią?

Może to z samotności :thinking: ..ona jak 15 papierosów dziennie niszczy zdrowie.
Ja chyba żyję, bo mi nie wyszło coś, co mi zajęło lata życia.

W 82 byłem z zoną i córeczkami ( 2 i 5 latek) na wsi u szwagrów. Tam było więcej tego drobiazgu. Szwagier uskutecznił na podwórku piaskownicę dla tych dzieciaczków. Od szosy tę piaskownicę dzielił typowy płot z siatki, metr pobocza i asfalt. Skończyliśmy oglądanie meczu Polska - Francja bo akurat wtedy były MŚ w Hiszpanii. Po meczu zgoniłem drobiazg z piaskownicy, bo im babcia przygotowała jakieś leguminki. Kiedy ostatnie dziecko opuściło teren piaskownicy, w moich oczach pijany traktorzysta z miejscowego PGR zboczył nagle, zerwał siatkę i ciągnik wjechał w piaskownicę i tam się przewrócił. W kilka sekund po tym jak moja dwuletnia Ula z łopatką i wiaderkiem jako ostatnia wyszła z tej piaskownicy.

dokładnie wiem co wtedy czułes… dokładnie…

Chciałem zabić skurwiela, on wyszedł bez szwanku. Szwagier, sąsiad z naprzeciwka, moja żona i jeszcze dwóch, skoczyło mi na plecy.

Ja do tej pory miewam realny obraz przed oczami jak moja Urszulka biegła do mnie roześmiana a jakieś 3 metry za jej pleckami ten traktor wjeżdżający na posesję.

Zdarzyło się całkiem niedawno…
Trwało ułamek sekundy.
Leżałem sobie,twórczo gapiąc się w sufit :innocent: 8 rano,dzień wolny…
I nagle jakiś dzwięk z korytarzyka.Odwracam się i nade mną czy raczej tuż przede mną śmignęła czarna postać.To był ułamek sekundy…Wyższa ode mnie wyraznie…O ile pamiętam,ta czerń to płaszcz czy coś…A całość jak chmura…
Ale najgorszy był ten szum…Dzwięk jakby jakaś furia…

I tak ten koniec nie byłby końcem, bo śmierć nie istnieje, co jest więcej niż pewne. Zapoznałem się z tysiącami wiarygodnych, kompatybilnych relacji z życia ludzkiego po ziemskim życiu. Jak by nie patrzeć, śmierć ludzi, stworzeń, roślin, Ciał Niebieskich, jest nielogiczna.

Całkiem mądre przeżycie, bo poszerzające horyzonty..

Trzeba pić. Kostucha nie lubi jak z ryja gorzałą czuć

Sześć lat temu zeszłam na stole operacyjnym. Jeszcze przez pół roku bolała mnie delikatnie lewa górna część tułowia po reanimacji. Całą krew dostałam cudzą.

Żyjesz bo ci gorzałę przetoczyli

Całkiem możliwe. Nie sprawdzałam.

Nigdy jeszcze śmierć nie zajrzała mi w oczy choć miała wiele okazji. Złego diabli nie biorą

Nie chciała patrzeć w te zapijaczone ślepia.

Żył, umarł i…zmartwychwstał :innocent:

Nikt mi niczego nie tłumaczył. Wszedłem do domu i zobaczyłem oparty o wazon swój portret z czarną przepaską, a obok pięć moich aktów zgonu. To była stypa po moim pogrzebie. […] Przez dwa i pół miesiąca z prawnego punktu widzenia byłem nieżywy. […] Wielu było w szoku, widząc mnie żywego. Brali udział w moim pogrzebie i byli przekonani, że zostałem zamordowany.

Szczegóły dla zainteresowanych TU

Znam podobną historię z moich opowiadań rodzinnych. To działo się przed wojną na Wołyniu skąd pochodził mój tato.
Przy jakiejś imprezie bimbrowo - integracyjno - sąsiedzkiej jeden z uczestników zasnął. Spał tak długo, że na drugi dzień wezwano z powiatu lekarza, a ten stwierdził zgon. No to pogrzeb. Przed samym zamknięciem trumny szacowny nieboszczyk nagle westchnął i lekko się poruszył. Kto był w kaplicy to w nogi i kilku doznało obrażeń bo nie wszyscy naraz zmieścili się w drzwiach tej kaplicy.
Sam delikwent gdy wylazł z tej trumny i się rozejrzał, zemdlał ale na szczęście byli tam też przytomniejsi, nauczyciel z wiejskiej szkoły i proboszcz odprawiający pogrzeb, oni nieco sytuację opanowali. Ponoć ten eksnieboszczyk niczego mocniejszego od herbaty do ust nie wziął po tej awanturze.

Nie ulego wątpliwości, że wezwano lekarza, który też brał udział w tej imprezie bimbrowo - integracyjno - sąsiedzkiej :zany_face:

Tego nie wiem. Ale w tej imprezie uczestniczyło dwóch moich przyszłych stryjów., starszych braci mego ojca.
Tego lekarza zawezwano po ok dobie bo przez tyle czasu delikwent się nie obudził.

W pierwszych latach życia byłem kilkukrotnie reanimowany i spędziłem tygodnie jak nie miesiące w szpitalach pod tlenem.
W późniejszym dzieciństwie topiłem się w kanale elbląskim, ale na szczęście złapałem grunt i przeżyłem.
W czasach głupiej młodości kilku ludzi strzelało do mnie, na szczęście nie trafili i zdołałem uciec.
W czasach dorosłych miałem wypadek jadąc na skuterze, uderzyłem szczęką o asfalt i straciłem przytomność. Na szczęście auto jadące za mną wyhamowało. Skończyło się utratą pamięci, stłuczeniem żeber i obu rąk, blizną na podbródku i wielomiesięczną rehabilitacją.
Patrząc z perspektywy czasu, parę razy wywinąłem się kostusze :laughing: