Do jakiego wieku jezdziliscie na wakacje z rodzicami?

Jak ja sobie przypomnę to ostatni raz cała rodzina byliśmy jak miałem 18 lat. Potem jeszcze dwa razy z tylko z ojcem i bratem na rejsie po Mazurach, ale to już raczej taka męska przygoda.

4 polubienia

Do 15 lat. Potem ze 2 razy jeszcze byłem.

2 polubienia

Do 12. Później samodzielnie. Najpierw na obóz sportawy, przełom czerwca - lipca, a następnie na Dolny Śląsk na wieś do rodzeństwa taty. Do 19 tak spędzałem lato.

3 polubienia

Jak jechali do Bulgarii to się z nimi zabierałam. Tata nie uznawal wczasow więc byla to wyprawa syrenka na kemping, ze zwiedzaniem po drodze i wysluchiwaniem mamusi, ze jej woda za mokra i powietrze w Karpatach za czyste. Ale ona ma to w model wbudowane.
A poza tym wakacje urzadzalam po swojemu od 15 roku zycia, a nawet wczesniej. Obozy harcerskie, zeglarstwo czasem wedrowne, zrzutka na jakąś kwaterę i kajaki? Ogolnie wakacje to zdecydowanie nad woda.

5 polubień

Rodzice nas wysyłali na kolonie i obozy ( od 4 klasy podstawówki).
Na dłuższych wakacjach byłam z nimi może 2 razy, u rodzinki.
Często tato organizował wyjazdy weekendowe do pobliskich miejscowości. Wisła, Ustroń, Ochaby, Koniaków, Olza. W sumie, to robi to do teraz.

4 polubienia

Na obozie harcerskim byłem tylko raz i to kilka dni. Zrobiłem taki raban, że ojciec mnie zabrał i wywiózł do swoich sióstr, zresztą pod ich przemożnym wpływem, które po otrzymaniu mego listu zareagowały zrobieniem dymu moim rodzicom. :innocent: Dla nich niewyobrażalnym było to, żebym nie spędzał u nich wakacji.

Nienawidziłem kolonii i obozów, gdzie byli jacyś wychowawcy i apele oraz regulaminy i nie nie mogłem cieszyć się taką swobodą, jak u cioć lub braci mego ojca.
Było to między 5 a 6 klasą.
Co to za wakacje, żeby konno nie pojeździć?

3 polubienia

Akurat obozy harcerskie, na ktore jeździłam miały wiecej ze skautowskich, poza porannym apelem i wciagnieciem flagi na maszt i porami posilkow (a jakze, zastep dyzurny w kuchni i druh kwatermistrz) rygoru nie bylo. A z jedynych kolonii na jakie mnie wyslano zwialam po kilku dniach, jak sie polapali, ze zniknelam to juz siedziałam w domu jedzac obiad. A zorientowali sie, bo za porzadna bylam i zostawiłam spakowana walizke z adresem gdzie ja odeslac. Zreszta dostac sie z podwarszawskiej miejscowosci do Lodzi to zaden problem, zwlaszcza dla porzadnie ubranej dziewieciolatki, ktora kupujac bilet w Warszawie wstawiła bajer kasjerce, ze tatus obiecał torcik jak sobie sama bilet kolejowy kupie.

2 polubienia

To załatwiłaś sprawę niemal jak filmowy Kevin!

Ja dziecko wychowane z kluczem na szyi. Trzeba bylo sobie radzic :joy:.

2 polubienia

Kolonie nie są złe. Uczyły dyscypliny, czystości, dbałości o porządek wokół siebie. Były konkursy.
Jednego roku, na pożegnalny apelu, odebrałam 7 nagród ( tylko jedno 3 miejsce, w konkursie śpiewu).
Kiedy już wszyscy nagrody odebrali, kierowniczka oznajmiła, że ufundowali nagrodę specjalną dla kolonisty, który wziął udział we wszystkich konkursach i zajął miejsca czołowe… krótka cisza… I bęc, wyczytała moje nazwisko.

6 polubień

Ja tam wolny elektron, kolonie to nie byly dla mnie.

2 polubienia

Co kto lubi. A te wakacje, to ja w Twoich stronach. W Przyłęku koło Bardo i w Topoli przy Kamieńcu Ząbkowickim.

3 polubienia

Co ja miałam do gadania?
Rodzicom należał się odpoczynek od nas :rofl: my zwiedziliśmy kilka miejscowości, jest co wspominać.
Ostatnie takie wakacje spędziłam w Międzyzdrojach. Potem już samodzielne wyjazdy. Bez rodziców! :stuck_out_tongue_winking_eye:

3 polubienia

W Złotym Stoku mieszkałam do 5 roku życia, niewiele pamiętam.

3 polubienia

Odkąd pamiętam to do 15 lat tylko kolonie i obozy, potem już wszędzie sam

2 polubienia

Moi rodzice nie jeździli na wczasy więc i dzieci też nie. Pamiętam tylko jeden wyjazd na wieś z mamą, bodaj na 2 dni kiedy miałem parę latek. Po prostu brakowało eci-peci.
Sam byłem dwa razy na koloniach nad morzem w wieku 11 i 12 lat. Jak zacząłem pracować to co roku gdzieś jechałem z FWP.

3 polubienia

Ostatni raz bylem w wieku 16 lat…Nie chodzilo jednak o to ze sie podczepialem jak jakis pozbawiony wyobrazni szczeniak ale wlasnie ojciec zmarł i to byly pierwsze takie wczasy bez niego w Kolobrzegu.
Posylanie matki samej byłoby barbarzyństwem.
Co nie znaczy bym mial znowu nie nawywijać…
Popilem z pewnym Warszawiakiem.Nasypalismy soli na stołówce do cukiernic.Rano sie dzialy sceny trudne do opisania.Tym bardziej ze zwijalismy sie ze śmiechu,przez co nie wszystko widzieliśmy :innocent:
On potem poszedl do portu i sluch o nim do rana zaginął.Ja zas szybciutko na pierwsze pietro,do pewnej studentki,tez z Warszawy,ktora sluchala niemal wylacznie Pink Floyd…
Pilo sie wtedy jabole o wdziecznej nazwie,Sobótka,gdzies chyba z Mazur.Podobno odglosy puszczanych pawi zniesmaczaly caly turnus :joy:
To byl moj przedostatni Kolobrzeg.I ostatni,wczasowy…

2 polubienia

Na Mazurach to się pijało wino o wdzięcznej nazwie “Wigraszek” - do kupienia we wszystkich lokalnych GSach.

2 polubienia

OStatni raz na zakończenie szkoły podstawowej, potem już tylko sam. Oczywiście na różne kolonie i obozy praktycznie od pierwszej klasy szkoły podstawowej.

4 polubienia

A takiego nie znam…Ale najwyrazniej to lokalny hit :rofl:
Jak np. wino Kruszwickie ktorego doświadczyłem jedynie w okolicach.Co ciekawe,na nalepce byla…krzywa wieża!Jak w Pizie :joy:

1 polubienie